bo zwierzęta cierpią i umierają tak po cichu... Mogłam tylko stać i patrzeć na powykręcanego gołębia i czekać aż przyjedzie ktoś z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami... Ale nikt nie zdążył przyjechać... Gołąb skulił się, zamknął oczy i tak po cichu zdechł... :( Przykro mi, że ludzie tak mało zwracają uwagi na zwierzęta, które tak często przez nas cierpią w dużych miastach... Zabierając im naturalne tereny powinniśmy czasem schylić głowę i zobaczyć takiego gołębia... no tak, ale przecież to tylko gołąb a ich nikt nie lubi :(
Smutno...
"...zdałam sobie sprawę, że - mimo wszelkich niebezpieczeństw - zawsze lepsze będzie to, co jest w ruchu, niż to, co w spoczynku; że szlachetniejsza będzie zmiana niż stałość...."
Olga Tokarczuk "Bieguni"
To ja tak może wrócę na chwilę jeszcze do miłości... Bo czuję, że powinnam tak dla samej siebie napisać to by zapamiętać. Rzadko na blogu pisałam o swoich związkach, pomimo iż podchodzę do tego miejsca jak do czegoś bardziej dla mnie niż dla innych świadoma jestem, że jednak czasem ktoś tu zagląda. I choć wiele tu moich prywatnych spraw, sprawy damsko-męskie mają to do siebie, że w sposób burzliwy przemijają czasem szybciej niż burzowe chmury.
Ale w moim życiu pojawił się mężczyzna, który jako pierwszy (a może drugi) ma odwagę o mnie walczyć. Zawsze w związkach bolało mnie to, że pomimo tak ogromnych deklaracji miłosnych, wielkich wyznań, kiedy przyszło do rozstań wszystkie te wielkie słowa ginęły gdzieś. Tłumaczę to sobie tym, że tak naprawdę żaden z tych facetów mnie nie kochał.
A teraz czuję, że na głowie musiałabym chyba stanąć by mi mój chłop powiedział "to by było na tyle...".
I tak właściwie mało błyskotliwie, ale czasami chyba o tym zapominam, więc zapisuję by pamiętać. ;)
A że wczoraj się na mnie obraził bo jak nie Tunezyjczyk to Włoch chciał uciąć sobie ze mną pogawędke i nie było czasu by na facebook'u porozmawiać - to chyba jeszcze bardziej za nim tęsknię. Co tu kryć, lubię gdy od czasu do czasu ktoś jest o mnie zazdrosny. Taka ludzka słabostka ;)
Możemy szukać wolności, uciekać od ludzi i od społecznych zasad, które czasami tak bardzo nas ograniczają. Zakładają kajdanki 'poprawności' i trzymają za gardło tak, by nawet nie wyobrażać sobie życia bez nich.
Możemy żyć na przekór wszystkim tym zasadom, szukać tam, gdzie inni uciekają.
Ale pod koniec... to chyba najważniejsze by kochać i czuć się kochanym.
Kocham otaczający mnie świat, który choć jest niezwykle wymagający, jednocześnie daje mi tyle możliwości odkrywania siebie...
I czuję się kochaną. Pod koniec dnia, gdy zamykam oczy, wiem ,że gdzieś ktoś o mnie myśli na dobranoc. Wiem, że moi bliscy, tak dalecy od ideałów kochają mnie w sposób przekraczający moje wyobrażenia. I ich miłość zawsze będzie mnie prowadzić z oczami pełnymi wiary w ludzkie dobro. To ich czyni najpiękniejszymi...
Mogę zdobywać świat, przekraczać granice własnej wyobraźni... ale bez miłości nigdy nie czułabym tak ogromnej potrzeby by to robić...
Najtrudniej jednak jest pokochać samego siebie
Cztery dni z Paolo śmignęły tak szybko. Sobota pod znakiem zatrucia po imprezie właściwie nie pozwoliła mi ruszyć się z miejsca. Umierając do późnych godzin wieczornych nie mogłam znaleźć sobie miejsca, a biedny Paolo czuwał cały czas przy mnie, to biegając do apteki, to mnie przytulając i usypiając. Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś tak się o mnie troszczył. Z wielkimi łzami żegnałam się z nim dzisiaj. Świat przynosi nam czasem tak wiele odpowiedzi. Choć nadal męczę się jeszcze w Krakowie i nie mam czystej karty czuję, po prostu wiem, że wszystko będzie dobrze. To wszystko się ułoży. Tylko byle nie popadać w marazm, byle marzyć i iść do przodu, choćby pod wiatr, a ja zazwyczaj pod wiatr chodzę.
I obiecałam sobie, że alkoholu już ja nie tykam. Do następnego razu pewnie... a właśnie przez to, że nie trenuję to później takie właśnie jajeczka wychodzą.
Późno już. W poszukiwaniu dokumentów trafiam na Prowadził nas Los Kingi i Chopina i tak na chwilkę, dosłownie chwileczkę się zatrzymuję. Zaczytałam się i minęła mi godzina. Po cichu w wyobraźni dreptam nóżkami po Ameryce Północnej razem z nimi. Ze łzami w oczach, kiedy pomyślę, że Kingi już nie ma.
Chętnie podzieliłabym się ich podróżą, dlatego gdyby ktoś chciał z przyjemnością wyślę w PDF - kabusia@gazeta.pl
"You can only stand up
For what you believe
Don't be blinded
By the power of greed
What about all those things
You could have done but you don't?
They say things happen for a reason,
You don't do them, they won't"
Siedzę jak zwykle w pokoju numer 7 na jednym z piętrowych łóżek, wpatrzona w laptopa pogrywam z nudy w Age of Empires – w końcu ile można pisać, czy się pisze czy się leży, przerwa się należy. Do drzwi puka Ania – Kasia masz gościa. Zdziwiona zastanawiam się kto do cholery wpadłby tak bez zapowiedzi do Hostelu na miodowej ? Agata, Ola czy Kasik? Do pokoju wchodzi zgrzany Paolo z pięknymi w kolorach tęczy chryzantemkami (tak wiem, że te duże kupuje się na nagrobki:P tak czy siak są pięknie letnie i tak bardzo kolorowe). Szczęka opada mi do kolan, łzy pojawiają się w oczach i patrzę tak na Paolo w szoku, który uśmiecha się do mnie z tą szelmowską dumą, że plan mu się udał. Przytulam się i nie wiem już czy płakać czy się cieszyć. Zabijam go pytaniami, że jak i kiedy? Jakim cudem? Przecież bilet drogi, a co z pracą? Ale po co ja pytam? Przecież to najpiękniejsza niespodzianka jaka kiedykolwiek mnie spotkała.
Paolo pokolei wyciąga włoskie przysmaki, obowiązkowe pesto i parmezan i trzy inne sery. Ja wpatruję się w kwiatki ułożone już w wazonie na stole w ‘common roomie’. Widzę, że dziewuchy z hostelu uśmiechają się razem ze mną w końcu to scena niczym z amerykańskiego filmu romantycznego. Dla mnie najważniejszy sygnał – zależy mu. Potrzebowałam tego sygnału jak nigdy. I on poczuł, że to już nie przelewki.
Ostatni tydzień był ciężką dla nas próbą. Moja lekka depresja, życie Nomada przykutego do jednego miejsca, odpadanie w chmurę marzeń o podróżach i marazm braku ruchu i przekraczania kilometrów wywołał u mnie lawinę pytań – czy ja powinnam jechać do tego Mediolanu? Czy to ma sens w ogóle ? Paolo należy do ludzi, którzy nie bardzo potrafią godzinami gadać przez Internet i pisać długaśne maile. Brak kontaktu duchowego z nim zasiał ogólne zwątpienie. Tego samego dnia kiedy przyleciał, rano naskrobałam do niego tak mało przyjemnego maila, przesiąkniętego moim sceptycyzmem i ogólną rezygnacją, że jak tylko sobie o nim przypomniałam kazałam mu jak najszybciej go skasować.
Jeszcze z wypiekami na twarzy zadzwoniłam do Mamy. Obie uznałyśmy, że skubany wiedział kiedy trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Naprawdę było blisko. A mój wyjazd się zbliżał.
Pamiętam, kiedy kilka dni temu wracałam z kina i taka przygaszona w duszy prosiłam mojego Anioła Stróża o jakiś znak, co tu z tym życiem dalej zrobić? Czy już teraz rzucać wszystko i pakować plecak, zaczynać od nowa po samemu, czy poczekać i ruszyć do Mediolanu gdzie miałabym zaczynać coś we dwoje. Chyba znak nie mógł być bardziej klarowny. Chrapie mi właśnie pod łokciem ten znak z nieba. Najbardziej troskliwy i kochany znak jaki mógł przydarzyć się tak mało ogarniętej i niepoukładanej osobie jak ja. Ufff, znów wszystko powoli się układa. Dziękuję.
skomentuj (1)
i jego genialny tekst piosenki o tytule The Professor & La Fille Danse
Czasami mnie samą przeraża to jak potrafię aklimatyzować się w nowych miejscach, odnajdywać w nowych sytuacjach. I jak przez to mam w sobie mało ambicji. Moszczę sobie gniazdko w 2m na 2m i już mi dobrze. Już obkładam się swoimi rzeczami i robię to co zawsze. I tak siedzę od kilku dni w hostelu, robię sobie herbatki, rozmawiam z dziewczynami, z innymi przybywającymi mieszkańcami. Jest prawie, że po studencku. A że mam tu kochane dziewuszki, opłaty też są studencko-koleżeńskie. I już mam swoją kołderkę, swoje łożeczko, swoją półkę w lodówce. Czy to nie straszne ?
Wczoraj wieczorem przy robieniu herbaty do kuchni wpadł Misza - równie stały gość co ja, a właściwie to był tu już przede mną. Młody chłopak z Ukrainy. Przybiegł do kuchni wyraźnie poddenerwowany, mówiąc do siebie rzeczy, które w połowie mogłyśmy zrozumieć. Przyzwyczajone zignorowałyśmy. Ale Misza dzwonił, chodził, krzyczał coś o Rosji, o mafii.
W końcu pytam - Misza co się stało ?
Ze spokojem chłopak tłumaczy, że my w Polsce mamy przynajmniej prawdziwą policję. U nich policja to mafia... Brata mu zamknęli. Wpadli na dyskotekę, tam gdzie pracował, wsunęli co trzeba było do kieszeni, zakuli i zabrali. Ale jak Misza ? - pytam zaskoczona. Przecież to niemozliwe... I co teraz ? Teraz są dwa wyjścia, albo za 19 letniego brata zapłacą 1000 dolarów albo chłopak odsiedzi 3 lata. Misza, a co z kartoteką? Tak już zostanie mu w aktach, że przestępca? Jak dasz 1000 dolarów to przy Tobie podrą akta i nie ma sprawy... A macie tyle pieniędzy? Znajomi, znajomych - powoli uzbierają.
Było mi naprawdę przykro, chciałam pójść do bankomatu i wyciągnąć pieniądze. Ale coś mnie powstrzymało...
Opanowanie młodego Miszy uspokoiło mnie, że dadzą radę. Ale ile ich to będzie kosztować ?
Ile dni jesteś w stanie zmarnować nie robiąc nic z tych rzeczy, które sobie zaplanowałaś? Ile dni potrafisz myśleć o tym ile czasu zmarnowałaś? Ile motywacji w między czasie stworzysz? Ile razy kładąc się wieczorem obiecasz sobie, że jutro będzie inne i zrobisz w końcu to co trzeba? Ile poranków spędzisz na tej myśli i ile z nich znów zmarnujesz na małe drobnostki, które nie przybliżą Cię o krok do celu? Ile zajmie Ci ta jedna chwila, kiedy w końcu zaczniesz coś zmieniać?
Niektórym chyba potrafi to zająć nawet całe życie...
http://naprzod.blogspot.com/
uznałam, że moje marudzenie i chaos należy oddzielić od największego marzenia jakim są podróże
tak właśnie uznałam siedząc u Marcina w pokoiku spoglądając na panoramę Krakowa z 6 piętra bloku przy ulicy Widok
nie wiem jeszcze jakie podróże to będą , czy te małe tylko, wyjazdy do Mediolanu czy tylko większe projekty, które gdzieś tam rodzą się w głowie
ale pomyślałam, że jest tyle informacji, które chciałabym gdzieś zanotować - festiwale, ciekawe strony, informacje, przewodniki
niby mam tego trochę w linkach na tym blogu ale zlewa się to razem z innymi rzeczami
krótko mówiąc pasja ta zasługuje na osobną stronę choć daleko mi jeszcze do podróżników
póki co jestem małym nomadem, dreptam z plecakiem to z bronowic do hostelu, to z hostelu na dębniki, to znowu do hostelu
zamontowałabym sobie chętnie jakiś licznik ;)
w każdym razie pomyślałam, że pewnie moje zapiski z wyjazdów różnych nie muszą pasjonować, niech więc nie mieszają się z tym blogiem, który już i tak zawiera w sobie wiele informacji ;)
Pewnie pierwszą notką będzie wyjazd do Barcelony
ale ja już rączki zacieram na wiosnę, już się szykuję - co najważniejsze fizycznie
być może zdrowie nigdy nie pozwoli mi na tak magiczne wyprawy jak wyprawa śladami Kazimierza Nowaka http://afrykanowaka.pl/index.php?s=4, ale zdecydowanie jeśli popracuję nad wytrzymałością fizyczną, czego tak naprawdę nigdy nie robiłam to plecak zawsze mniej będzie ciążył a te bidne już kolana dalej poprowadzą. Jeśli nie uda się ekstremalnie będzie powolutku, stopem czy innym środkiem transportu - ale byle do przodu :D
Póki co Włóczykij się już szykuje - http://www.wloczykij.com/index.php dla tych, którzy szukają inspiracji lub po prostu dopadła ich zimowa nuda - 25 lutego - 6 marca Gryfino staje się przystankiem dla wielu niespokojnych i fascynujących dusz
a później już Kolosy - jeszcze nie byłam, a i tak w planach miałam Trójmiasto http://www.kolosy.pl/
słowem wszystkie drogi prowadzą naprzód :D